Posted by: Ole on: 12 marzec 2008
PARAGON – dokument potwierdzający zakup towaru, wiadomo. Na jego podstawie, w razie niedomagania nabytego dobra, klient może domagać się zwrotu kasy albo wymiany felernego egzemplarza na taki, którego jakość, sprawność, funkcjonalność będą optymalne i zadowalające. Też wiadomo – prawem reklamacji.
Wszystko ok, tylko co zrobić, jeśli paragon po miesiącu, dwóch blaknie, właściwie czyniąc nieważną i niebyłą transakcję zakupu? Jak czystym świstkiem papieru udowodnić sprzedawcy, że buty, które chcemy wymienić (bo po miesiącu nieforsownego użytkowania wzięły się i pięknie porozklejały, a nie powinny), kupiliśmy właśnie w jego sklepie? No jak? Teoretycznie żywotność paragonu, będącego w świetle obowiązującego prawa często jedyną podstawą do żądania reklamacji, powinna być co najmniej taka, jak czas, w którym konsument ma prawo dochodzić swoich praw i domagać się rekompensaty ze strony producenta, jeżeli towar nie spełnia oczekiwań. Teoria teorią, ale klienta interesuje praktyka. Ta zaś pokazuje, że paragon, było nie było dokument prawny, po upływie krótkiego czasu może robić co najwyżej za udawaną carte blanche, a nie dowód rzeczowy potwierdzający zakup czegokolwiek.
Nie wiem, a może to tylko w Polsce (sorry za niepatriotyczne fuckanie) tak jest, że wybite na paragonach transakcje handlowe ulatniają się niczym kamfora? Wina kas fiskalnych? Słabej jakości papieru, na którym wydawany jest druczek? Kiepskiej żywotności proszku, którym wybijane jest na świstku, że dnia tego a tego, w sklepie takim to a takim, kupiono za ceną taką a taką, towar, jak następuje?
Bo dlaczego ja w ogóle o tym? Ano bo przeglądając różne papierki, natknęłam się na kilka paragonów (patrz zdjęcie niżej), AD 1997, jako żywo świadczących, że czasu owego we Fhącyi nabyłam coś tam za 39,00 F. Prawie jedenaście lat (!), a paragon dalej bezlitośnie i niezbicie dowodzi, że byłam, że kupiłam, że zapłaciłam. Mimo, że termin przydatności do użycia, a tym bardziej dochodzenia konsumenckich praw, dawno temu minął. Nie wiem, czy Państwo Francustwo korzysta(-ło) ze zdobyczy jakiś kosmicznych technologii, ale z przekonaniem twierdzę, że po jedenastu latach polski paragon tak by nie wyglądał. Ba, WCALE by nie wyglądał! Wytarłby się, ot co. Wiem, bo zbieram – nawyk taki: dają w sklepie, to biorę – i wiem, że mniej więcej po miesiącu, dwóch wszystkie nadają się do wyrzucenia, bo zwyczajnie nic na nich nie widać. O niczym więc świadczyć nie mogą.

Mocno to jest nieteges. I nie mówcie, że układ, że platforma, że coś tam. Niefajne jest robienie w baloona każdego malutkiego konsumentka, jednego z wielu w tłumie. Niefajny jest non-respekt jego praw, powodujący, że stoi na z góry przegranej pozycji w razie, gdyby chciał dochodzić swojego. Niefajne jest to, że ciągle wiele kwestii, jak to paragonowe głupstwo, wciąż załatwianych jest nie na sicher, a na tzw. “umówmy się”. Uuuch. Petycję jaką by strzelić, zaalarmować tego i owego, ruszyć sprawę, bo może mała, może niespecjalnie istotna, bo tyle jest od niej ważniejszych, ale uwiera, kurde, jednak uwiera.