SUGARFREE

SEROGLU(T)E

Posted by: Ole on: 16 marzec 2008

Zżenić tradycję z nowoczesnością? Połączyć kierunek na slow, traditional food z fanaberiami współczesnej dietetyki napychania bebechów produktami light? Impossible! A nie, jednak nie dla wszystkich impossible: niejacy państwo Frąckowiakowie byli przekonani, że się da, że można. I wypuścili na rynek Beztłuszczowy Smażony Ser Domowy Kminkowy 0% Tłuszczu (patrz foto poniżej). I moim skromnym konsumenckim zdaniem, pięknie się przejechali na swoim sero-wynalazku.

Smażony ser domowy kminkowy beztłuszczowy

Po pierwsze: konflikt nazewniczo-znaczeniowy. Określanie produktu smażonym pozwala na domniemanie, że obróbka termiczna, powodująca zmianę jego stanu skupienia, spoistości, konsystencji, odbywała się z udziałem i w towarzystwie tłuszczu. No a hauskäse Frąckowiaków jest ponoć beztłuszczowe… Chyba, że są sposoby smażenia na wodzie, na tlenie, na azocie, na niczym. Nie wiem, nie znam się, fachowcem nie jestem.

Smażony ser domowy kminkowy beztłuszczowy 2

Po drugie i ważniejsze: smak sera. A właściwie – brak smaku. Nie wiem, jak smakują normalne, tłuszczowe sero-smażeniny tej firmy (patrz: foto asortymentu poniżej), bo nie jadłam (wątpię jednak, czy i one choć na metr zbliżają się do ideału hauskäse). Z całą odpowiedzialnością mogę natomiast powiedzieć, że nazywanie beztłuszczowego gluta “serem smażonym” jest potwarzą dla prawdziwego hauskäse. Więcej mogę powiedzieć: że w sklepach ten glut powinien stać między zaprawą murarską a klejem do tapet, zamiast kalać szlachetny ród nabiałowy, rozpierając się w ladzie chłodniczej między mlekiem a twarogiem.

Frąckowiak Sery S.C. / asortyment

Zdaję sobie sprawę, że wymagać od żywności fabrycznej smaku identycznego z domowym to trochę tak, jakby żądać od producenta krasnali ogrodowych finezji ręcznego wykończenia pompona każdej krasnalowej czapki. Ale na litość delikatnych konsumenckich trzewiów: trochę producenckiej przywoitości nie zawadziłoby. Jeśli z jakiś powodów smażony ser beztłuszczowy nie może smakować jak coś na kształt sera smażonego, to niech on smakuje przynajmniej jakoś. Bo smakując nijakim glutem, nie smakuje wcale.

Zastanawia mnie jeszcze jedno: czy państwo Frąckowiakowie mieli kiedykolwiek okazję próbować opluwaną przeze mnie substancję?… Szczerze w to wątpię, bo po jej degustacji nikt przy zdrowych zmysłach (chyba, żeby mu bozia złośliwie poprzełączała kabelki w aparaturze organoleptycznej) nie wypuściłby w naród ukrytych pod wieczkiem z napisem “smażony ser kminkowy” regularnych smarków z kminkiem. Nie mówiąc już o firmowaniu ich swoim nazwiskiem… Absolutnie nikt. Bo to wstyd, i już.

Odpowiedzi: 9 do "SEROGLU(T)E"

Szanowna autorko,
domyślam się, że aby przyciągnąć czytelników do blooga należy pisać w nim śmiesznie, ciekawie a nawet czasem szokująco. Każdy oczywiście ma prawo wyrażać swoje opinie ale aby je powszechnie rozgłaszać wypadałoby poznać temat jeszcze dogłębniej niż tylko w zakresie pozwalającym bezpodstawnie wytknąć na pozór widoczne błędy.
Aby ustosunkować się rzetelnie do poruszonych kwestii przejdę od razu po kolei do rzeczy:
- odnośnie wstępu – opisywany produkt – ser smażony Hauskase kminkowy jest znany jak zauważyono od wielu, wielu lat na terenie Górnego Śląska. Zarówno skład , jak i nazwa nie zostały przez firme Frąckowiak zmienione w odniesieniu do oryginału. Jedynie jego walor – beztłuszczowy, ważny z dzisiejszego punktu widzenia, zostały wyeksponowane na opakowaniu. Zatem tradycyjny produkt spełnił nowoczesne trendy rynkowe. A jednak dało się to połączyć bez uszczerbku!
- odnośnie pierwszego – Hauskase w takiej formie i pod taka nazwą jest znane od pokoleń a więc firma Frąckowiak nie wprowadziła sugerowanych konfliktowych zmian.
Poza tym warto wspomnieć, że istnieją dziś metody smażenia wielu produktów bez tłuszczu (pozwalaja na to specjalne technologie i naczynia) – ciekawe czy są one innym ciekawie skomentowanym tematem w Pani bloogu?!? Warto się tym zainteresować a wspomniany konflikt nazewniczo-znaczeniowy nie stał by się konfliktem.
- odnośnie drugiego – to duża odwaga porównywać smak opisywanego sera z przytaczanym “oryginałem” jeśli się go nigdy nie jadło. A może smakował dokładnie tak samo? A może wielu ludziom smakował? I dziś też smakuje? A gusta są różne i błędem jest uogólnianie go pod jeden najbardziej nam znany.
Nadzwyczajna odwagą jest też ocena pozostałych tłuszczowych serów firmy Frąckowiak, jeśli się ich nigdy nie jadło i nie pytało chociaż tych, którzy na codzień jedzą. Wystarczy powiedzieć, że to bodaj najczęściej spożywany domowy ser smażony w Wielkopolsce i nie byłoby tak gdyby nie był smaczny i gdyby nie przypominał konsumentom ich niezapomnianego smaku z dzieciństwa.
I zupełnie nie chodzi o to aby przynajmniej na metr zbliżył się do “ideału Hauskase”, bo to przecież inny produkt i dla innego klienta o zupełnie innych oczekiwaniach smakowych.
I kończąc już zastanawiam się skąd tak dobra znajomość smaku gluta, do którego porównywany jest Hauskase Frąckowiak?!? Czyżby tylko stworzony dla potrzeb ubarwienia tego nieuargumentowanego opisu?!?

Firmowanie produktów swoim nazwiskiem jest metodą utożsamiania się z tym , czemu sie poświęcamy i za co namacalnie bierzemy odpowiedzialność. Jeśli robi się coś dobrze i wzorcowo, wówczas nie ma się czego wstydzić. Oczywiście nie wszystkim może to smakować ale to nie powód aby bezpodstawnie szargać czyimś imieniem.

P.S. Proszę sprawdzić czy czekoladę naprawdę świstak zawija w te sreberka. Wydaje się to nieprawdopodobne i dlatego z pewnością zasługuje na swoje miejsce i dokładny opis w Pani bloogu. Podkreślam jednak dobitnie – proszę to najpierw dokładnie sprawdzić aby jako “niefachowiec” znów nie wywołać niepotrzebnego zamieszania i kontrowersji.
Znawca tematu

Pan jednak pozwoli, że względem smaku, konsystencji i wątpliwych doznań, jakich dostarcza analiza organoleptyczna wyżej opisanego “przysmaku”, pozostanę przy swojej opinii.

Opinii, zgoda, niefachowca, opinii, racja, laika, niemniej opinii szeregowego konsumenta, dla którego wzięcie na język “Beztłuszczowego Smażonego Sera Domowego Kminkowego” zakończyło się diagnozą: “Obrzydliwość. Nigdy więcej”.

Ani sobie, ani nikomu nie życzę powtórnych, tak niepozytywnie zaskakujących spotkań z podobnie niezjadliwą (żeby nie powiedzieć “niejadalną”) żywnością.

Doznań nie neguję i opinii nie zabraniam – zwracam jedynie uwagę na fakt, że nieznajomość rynku w zakresie jakiegoś produktu daje nierzetelne podstawy przy tak wnikliwej analizie. Można wyrazić swoją pojedynczą opinię na jakiś temat ale wdając się na tej podstawie w tak wnikliwą ocenę całej firmy, wszystkich jej produktów a nawet właścicieli firmujących produkty swoim nazwiskiem jest bardzo delikatnie mówiąc nietaktem. Tymbardziej, że jest to tworzone (jak na szczęście podkreślono) przez niefachowca, laika i teoretyka (nawet nie praktyka w zakresie pozostałych produktów).
Ale przyjmując, że chodzi o wywołanie zainteresowania przypadkowych internautów rozumiemy to prostolinijne myślenie i nietrafioną analogię.
Warto jednak dla ogółu wspomnieć, że w regionie Śląskim , do którego ze względu na tradycję produkt ten trafia – spożywany jest w bardzo dużych ilościach ku obopólnej uciesze. Wnioskować zatem można, że autorka nie pochodzi z tamtych okolic i zrozumiałym jest, że z powodu braku tradycji nie gustuje w takim smaku. To oczywiście nie grzech ale i nie powód aby obrażać tą droga konsumentów, dla których jest to powrót do smaku lat młodzieńczych (ponieważ dziś już we własnym zakresie w domu nie sposób usmażyć ser).
Dlatego mimo wszystko autorko, może kiedyś wypadałoby sprostować artykuł jeśli teoretyczna ciekawość wyrażona dziś tym jednostronnym opisem zostanie przyćmiona prawdziwymi opiniami prawdziwych konsumentów.
Życzę więcej obiektywizmu i profesjonalizmu w niniejszej teoretycznej pracy twórczej.

> Doznań nie neguję i opinii nie zabraniam

Uff.

> Zwracam jedynie uwagę na fakt, że nieznajomość rynku
> w zakresie jakiegoś produktu daje nierzetelne podstawy

Mea culpa. Można liczyć na przesłanie kompletu wyników badań rynku w zakresie spożycia i stopnia zadowolenia konsumentów Beztłuszczowego Smażonego Sera Domowego? Pan z działu marketingu czy PR, że przy okazji zapytam?

> przy tak wnikliwej analizie.

Wielkie słowa. Najwyżej wnikliwe przyglądnięcie się wybranemu produktowi z Państwa portfolio.


> Można wyrazić swoją pojedynczą opinię na jakiś temat
> ale wdając się na tej podstawie w tak wnikliwą ocenę
> całej firmy, wszystkich jej produktów a nawet właścicieli
> firmujących produkty swoim nazwiskiem jest bardzo
> delikatnie mówiąc nietaktem.

Licencia poetica. Kwestia stylu, formy wypowiedzi, sposobu wyrażania opinii i emocji właściwa temu blogowi. Zgoda, nie każdy może ją czuć, nie każdemu musi się podobać.

> Tym bardziej, że jest to tworzone (jak na szczęście
> podkreślono) przez niefachowca, laika i teoretyka

Od początku tego nie ukrywałam (vide: drugi akapit notki, ostatni wers).

> (nawet nie praktyka w zakresie pozostałych produktów)

Jako przeciętny konsument w żaden sposób nie czuję się zobligowana do testowania pełnego asortymentu wyrobów Waszej firmy, tym bardziej, że jedna próba skutecznie mnie odwiodła od zainteresowania resztą Waszej oferty.

> Ale przyjmując, że chodzi o wywołanie zainteresowania
> przypadkowych internautów

…oraz, powtórzę, o wyrażenie opinii, dobrą radę czy wręcz przestrogę. Z naciskiem na to ostatnie.

> rozumiemy to prostolinijne myślenie i nietrafioną analogię.

Skąd nagle pluralis majestatis? “My rozumiemy”? Pan mówi teraz za siebie czy mając za plecami dział marketingu/PR/reklamy/promocji?


> Warto jednak dla ogółu wspomnieć, że w regionie Śląskim, > do którego ze względu na tradycję produkt ten trafia –
> spożywany jest w bardzo dużych ilościach ku obopólnej
> uciesze.

“Bardzo duże ilości”? “Obopólna uciecha”? Wielkości nieprecyzyjne i relatywne. Liczby mogą pokazywać rzeczywistość w dowolnie zmienionym kształcie. Liczbami, zwłaszcza wyrażonymi w postaci ogólnikowych “bardzo dużych ilości”, można dowolnie modyfikować faktyczny odbiór produktu. Interesuje mnie opinia człowieka. Nie (tylko) suche liczby (których, nawiasem, tutaj brak).

> Wnioskować zatem można, że autorka nie pochodzi z
> tamtych okolic i zrozumiałym jest, że z powodu braku
> tradycji nie gustuje w takim smaku.

Nie muszę być z pochodzenia Szwedką, aby gustować w surströmming. Nie muszę w prostej linii wywodzić się ze śląskiego rodu, żeby znać smak dobrego (!) hauskäse. Pochodzenie czy miejsce urodzenia nie przesądzają o znajomości oraz (nie)lubieniu takiego czy innego smaku.

W moim przekonaniu nie sama tradycja kształtuje podniebienie. W równym stopniu wpływa nań doświadczenie albo raczej DOŚWIADCZANIE różnych smaków (dzięki podróżom, kontaktom z ludźmi z odmiennych kulinarnie kręgów, zaspokajaniu ciekawości jak smakuje coś, co zna się ze słyszenia/opisów/opowieści, uskutecznione działaniami na poligonie własnej kuchni).

> To oczywiście nie grzech ale i nie powód aby obrażać tą
> droga konsumentów, dla których jest to powrót do smaku
> lat młodzieńczych (ponieważ dziś już we własnym zakresie
> w domu nie sposób usmażyć ser).


Mam co najmniej kilkanaście żywych dowodów na to, że dzisiaj można (i nie jest to żadnym problemem) we własnym zakresie smażyć ser w domu. Niniejszym obraził pan umiejętności kulinarne tych dowodów oraz ich chęć powrotu do domowego smaku smażonego sera, osiąganego we własnym zakresie, a nie przez sięgnięcie na sklepową półkę.

> Dlatego mimo wszystko autorko, może kiedyś wypadałoby
> sprostować artykuł
> jeśli teoretyczna ciekawość wyrażona dziś tym
> jednostronnym opisem zostanie przyćmiona
> prawdziwymi opiniami prawdziwych konsumentów.


Jakoś to przyćmienie zniosę. Więcej nawet: nie będę musiała zakładać odpromiennika na swoją opinię o Beztłuszczowym Serze Domowym, bo poświata niczyjej, nawet tej rzekomo najprawdziwszej opinii nie jest w stanie wpłynąć na moją ocenę wyżej wymienionego. Zmysłu smaku nie oszukam.

Swoją drogą, czym są “prawdziwe opinie prawdziwych konsumentów”? Jedynym, słusznym, ostatecznym werdyktem osobników skatalogowanych z imienia i nazwiska w bazie danych placówki, prowadzącej na Wasze zlecenie badania rynkowo-konsumenckie? Werdyktem nie kładącym się skazą na nieskalanym obliczu Waszej firmy?

To, że moja notko-opinia funkcjonuje wirtualnie, nie znaczy, że jest opinią wirtualnego bytu. Jest opinią jak najbardziej “prawdziwego konsumenta”, którego zdanie, jak się zdaje, budzi Wasz całkiem realny niepokój (inaczej nie weszlibyście w dyskusję i elaboratoryjne komentowanie powyższego wpisu, n’est-ce pas?).

Podziwiam odporność na rynkowe argumenty ale zdecydowanie jej nie zazdroszczę. Może mieć to swoje plusy ale tylko w tworzeniu nieskończonych dialogów w niniejszym bloogu. Każdy ma swoje racje i ich broni – ja nie neguję tego, że omawiany produkt może nie być w czyimś smakowym guście. Zwracam uwagę na inne kwestie ale nie chcąc się już powtarzać i nie widząc kontynuacji w pierwszych ripostach proponuję zakończyc temat.
I podsumowując marketingowo – nie istnieje produkt spożywczy, który smakowałby każdemu konsumentowi. Ser smażony Hauskase Frąckowiak z pewnością nie smakował autorce ale i pod kątem tradycji jedzenia oraz miejsca zamieszkania z pewnością nie był konkretnie do niej adresowany. (Po tym akapicie pewnie przeprosi, że go kupiła – taki styl zauważyłem w odpowiedziach)
Być może jednak jest to dobra metoda do poszukiwania kontrowersyjnych tematów do niniejszego bloogu.
Przyznaję, że nie reprezentuję w tym miejscu producenta a po prostu znawcę tematu, którego rażą tego typu niesprawiedliwe uogólnienia. I zawsze kiedy mogę wyrazić swoje obiektywne zdanie, czynię to. Przyznaję, że ze wszystkich produktów firmy Frąckowiak opisywany Hauskase również nie przypadł mi do gustu ale pozostałe sery smażone są wręcz perfekcyjne. Być może tylko w mojej ocenie (chociaż raczej nie gdyż znikają z półek zawsze bardzo szybko), ponieważ mieszkam w Wielkopolsce i od dzieciństwa znam ten specyficzny i niepowtarzalny smak.
Dla autorki bloogu oczywiście mogą być one także niezjadalne, i trudno. I nie zamierzam już kontynuować tematu bo to jak widać woda na młyn.
Ciekawe czy zaciekła autorka podejmie niesamowity temat świstaka? Też zabiorę w nim swój skromny głos.

> Podziwiam odporność na rynkowe argumenty ale
> zdecydowanie jej nie zazdroszczę.

To raczej impregnowanie na marketingowy bełkot, który w ilościach niepokojąco wzrastających staje się niestrawny. Całkiem jak Seroglut Frąckowiaków.

> Zwracam uwagę na inne kwestie ale nie chcąc się już
> powtarzać i nie widząc kontynuacji w pierwszych ripostach
> proponuję zakończyc temat.

Może jednak? Partyjka słownego ping-ponga?

> Po tym akapicie pewnie przeprosi, że go kupiła – taki styl
> zauważyłem w odpowiedziach


Nie histeryzujmy. (Ale o kosz upominkowy w dowód zasług za dzielną konsumpcję kilku łyżek Serogluta mogłabym poprosić, czemu nie)


> Przyznaję, że nie reprezentuję w tym miejscu producenta
> a po prostu znawcę tematu, którego rażą tego typu
> niesprawiedliwe uogólnienia.

Punkt dla pana. Za świetny dowcip!

> I podsumowując marketingowo – nie istnieje produkt
> spożywczy, który smakowałby każdemu konsumentowi.

Rewelacja. Nareszcie okopany teoriami i rynkowymi argumentami marketingowiec przyjął do wiadomości, że notko-recenzja “Seroglu(t)e” była głosem jednostki, którą smażony ser Frąckowiaków ugodził w przewód pokarmowy.

> Ciekawe czy zaciekła autorka podejmie niesamowity temat > świstaka? Też zabiorę w nim swój skromny głos.

Proszę zaczynać – już, teraz. Wyrywnych, śmiało przejmujących inicjatywę gości puszczam przodem.

Dzisiaj zakupilem rzeczony produkt. Gdy zobaczylem, jak wyglada w srodku, zaczalem szukac jakichs jego zdjec w obawie, czy nie jest popsuty. Tak trafilem na tego bloga ;). Dopiero wtedy zorientowalem sie, ze kupilem przez nieuwage produkt “beztluszczowy”. Coz, proces smazenia z definicji zachodzi w obecnosci tluszczu, wiec to jakis zdegenerowany substytut. Da sie zjesc, ale nie jest warte 4zl. Mam nadzieje, ze takie sery typow innych niz “0%” i pokrewnie zubozonych, smakuja co najmniej o rzad wielkosci lepiej.

Wy z tym serem to tak na serio ?? Oglądałem właśnie program o serze smażonym na TV POLONIA i musiałem sprawdzić gdzie go kupię, i wpadłem na tego bloga. Przeczytałem do końca i rozsyłam wśród znajomych . tatuaże rozlane na maxa … pozdro

@ Bart: Przeczytałeś do końca? Uuuu… Gdybym taki miała, to medal za wytrwałość bym ci dała, ale nie mam. Mam przestrogę ewentualnie: nie kupuj tego, bo to pieniądz wyrzucony – sam sobie zrób ;)

No i przyznaję: dałam się głupio sprowokować, zupełnie niepotrzebnie. Tyle słów bez sensu wywalonych, a serek jak był niedobry, tak pewnie dalej jest (nie wiem, czy dobry, bo od pierwszego razu jakoś nie przyszło mi do głowy ponowić testów).

Pozdrówa też.

Napisz odpowiedź

K A L E N D A R I U M

marzec 2008
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

ARCHIWUM WPISÓW

KATEGORIE WPISÓW


  • KotenokPolik: Пора переименовать блог, присвоив имя связанное с доменами :) может хватит про них?
  • sutencje: Kurwaszok! Kurwaszok! Dajcie mi kwasu, dajcie mi batem! Kurwaszok! Kurwaszok! Co to ma być? To jest jak granatnik wycelowany w oko.... Zajeb inw
  • sutencje: yo, djewuszko, to nie jest takie złe wcale, zauważyliście stadko pewnie, ze oto leci mocny burn w reklach na jazyk [neo]lingwistyczny, czyli wygina